Walka o życie

Walka o życie, szczęście i miłość. Wywiad z Anną Naskręt, autorką „Uwięzionego krzyku”

 Każdego roku w Polsce około 60-70 tysięcy osób doznaje udaru mózgu. Niemal połowa z nich umiera. Pozostałe osoby zmagają się z niepełnosprawnością uniemożliwiającą powrót do dawnej pracy lub całkowite uzależnienie od innych. Teoretycznie zdajemy sobie sprawę z tego, że szybka reakcja i co najważniejsze, profilaktyka, może zapobiec tak poważnym konsekwencjom. W rzeczywistości jednak zapominamy lub ignorujemy niebezpieczeństwo. „Uwięziony krzyk” Anny Naskręt to książka, która już nie pozwoli zapomnieć. Autorka, która jeszcze kilkanaście lat temu była całkowicie sparaliżowana, pozbawiona jakiejkolwiek możliwości komunikowania się z innymi, oddaje w nasze ręce historię, która wydaje się być raczej fabułą wstrząsającego filmu, niż realnymi wydarzeniami. O niebywałej podróży do zdrowia, istocie roli osób wspierających i mocy poczucia humoru, w rozmowie z Anną Naskręt. Walka o życie, szczęście i miłość.

M.K: Pani Aniu, muszę zacząć od najważniejszego. Nie sposób wyrazić słowami podziwu dla Pani determinacji w walce o własne zdrowie! Czytając o Pani doświadczeniach, myślałam niejednokrotnie o tym, jak heroicznej postawy potrzeba, aby im wszystkim podołać. Czy z perspektywy czasu czuje Pani, że ta motywacja pochodziła z jakiegoś konkretnego źródła?

A.N: Dziękuję za tak ciepłe słowa. Moja motywacja, tak przypuszczam, wynika z różnych czynników. Na pewno mają na nią wpływ geny (moja mama jest bardzo silna), wychowanie, oraz dzieciństwo. Poza tym oczywiście rodzina, która ani razu nie dała mi odczuć, że jestem chora. Wsparciem była również rehabilitantka, osoba z fantastycznym podejściem. No i siła  wewnętrzna. Skąd jej tyle miałam? Do dzisiaj nie wiem.

Droga, którą Pani przeszła, wydaje się zupełnie nierealna, a przecież co roku tak wiele osób doznaje udaru z różnymi jego konsekwencjami. Gdy w końcu usłyszała Pani, że to udar jest przyczyną całkowitego sparaliżowania, jakie myśli pojawiły się w głowie?

„Że co? Ja? Skąd? Jak?” i „Nie będę przecież w takim stanie”. Oczywiste było dla mnie, że będę zdrowa. Nie zdawałam sobie sprawy, ile przede mną, ale od razu wykluczyłam opcję, że mogę już więcej nie wstać z łóżka.

Czy pamięta Pani przełomowy moment, w którym poczuła, że przy odpowiedniej pracy zacznie Pani odzyskiwać sprawność?

Było to jakiś rok po zachorowaniu, gdy mogłam z pomocą dwóch osób pójść do łazienki. Wtedy czułam, że jeśli jakoś stoję i idę, mimo że słabo, to powinno w końcu być lepiej. Ale nie zdawałam sobie sprawy, że nie wrócę do pełnej sprawności. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że pozostanę niepełnosprawna.

Nie sposób wyobrazić sobie, jak to jest nie móc w jakikolwiek sposób wyrazić swoich potrzeb, obaw, emocji. Mimo wszystko były momenty, w których zachowywała Pani poczucie humoru! Czy opowiadała Pani później rodzinie o tych wszystkich sytuacjach, które przyprawiały Panią o salwę wewnętrznego śmiechu?  

Tak, oczywiście! Dzisiaj to nasze rodzinne anegdotki. Czarny humor. :) Ale faktycznie bez  wrodzonego poczucia humoru nie dałabym rady. Załamałabym się. To właściwie ono   stawiało mnie do pionu. Mimo wszystko byłam optymistką.

 

Muszę przyznać, że historia pobytu w szpitalu przez tych 8 krytycznych tygodni była wstrząsająca. Podejrzewam, mając jednocześnie ogromną nadzieję, że od tamtego czasu w opiece zdrowotnej wiele się zmieniło. Czy jest coś, czego szczególnie potrzebowała Pani od służby zdrowia, co mogłoby w tamtym czasie Pani pomóc?

Z rozmów z członkami rodzin osób chorujących na udar wiem, że nie zmieniło się nic. Ani na oddziałach, ani w o opiece nad pacjentami. Do tego dochodzą wszystkie wiadomości z polskich SOR-ów, gdzie udary są bagatelizowane. Tak jak kiedyś mój. I młodsi, i starsi pacjenci są pozostawiani sami sobie. Umierają, bo ktoś zlekceważył ich objawy. To jest przerażające i karygodne!

Odpowiadając na drugą część pytania: przede wszystkim potrzebowałam empatii, tylko i aż.

Czy myśli Pani, że obecność psychologa na oddziale mogłaby wtedy coś zmienić?

Pytanie w punkt. Tak, uważam, że tak samo jak mnie wtedy, tak samo i dziś jest NIEZBĘDNY! Apelowałabym do władz szpitali, żeby zatrudniały psychologa. Jeśli nie pomoże choremu, bo będzie w stanie śpiączki, pomoże i porozmawia z jego bliskimi.

Niejednokrotnie zdarza się, że osobom w tak ciężkim stanie zdrowia brakuje motywacji i siły woli, aby ruszyć w drogę ku zdrowieniu, m.in. poprzez rehabilitację czy pracę z logopedą. Czy jest coś, co po swoich doświadczeniach chętnie przekazałaby Pani takiej osobie?

Powiedziałabym, że wbrew temu, co myśli i czuje, taka choroba to nie koniec świata. To strasznie wygląda z boku, ale w rzeczywistości wcale nie jest tak źle. Zawsze trzeba mieć nadzieję. Można płakać, wątpić i kląć, ale nie wolno nigdy się poddać.

A rodzinie i opiekunom?

Dokładnie to samo. Poradziłabym, by byli dla chorego wsparciem – mają mu pomagać, ale go nie wyręczać. Pomagamy osobie chorej się ubrać, a nie traktujemy jej jak lalki. Pomagamy w przygotowywaniu posiłków, ale nie podajemy jej ich pod nos. To bardzo ważne.

Zastanawiam się, czy po tym wszystkim nie ma Pani chęci mówić niektórym narzekającym na drobiazgi osobom: „Wyluzuj, to naprawdę nie jest problem”? :) 

Na początku miałam taką ochotę. Aż mnie korciło, żeby nimi potrząsnąć. Czułam jednak, że mogłabym usłyszeć w odpowiedzi: „Takie są choroby, a ty marudzisz”. Wiem, że ludzie tego po prostu nie rozumieją.

Pani Aniu, czego mogę Pani życzyć?

 Proszę mi życzyć zdrowia. Takiego, jakie jest teraz. Jest jakie jest, ale zawsze może być  gorsze. :)

W takim razie życzę go z całego serca! Dziękuję bardzo za rozmowę. 

Ja również bardzo dziękuję.

walka o życie

 

„Uwięziony krzyk”, Anna Naskręt, Wydawnictwo Muza