szczęśliwy związek

W poszukiwaniu recepty na szczęśliwy związek.

 

Aby znaleźć odpowiednią osobę i stworzyć z nią pełną miłości relację potrzebny jest nie tylko cudowny uśmiech losu, ale przede wszystkim odpowiednie podejście – zarówno do tej drugiej strony, jak i do samego siebie. O naszych oczekiwaniach, miłości w sieci oraz pierwszych randkach rozmawiałam z Joanną Godecką, terapeutką i autorką najnowszej książki o tym, jak budować szczęśliwy związek, „Szczęście w miłości”.

 

Czy nasze oczekiwania od związku wciąż są niezmienne, czy ewoluują na przestrzeni lat?

Myślę, że można to rozważyć na dwóch płaszczyznach. Pierwsza dotyczy zasad i obyczajów, ponieważ wiele się zmieniło w zakresie rzeczy dozwolonych. Kiedyś królowało sformułowanie „nie wypada”, zwłaszcza w przypadku płci żeńskiej. Kobiecie nie wypadało pierwszej zrobić gestu w kierunku mężczyzny czyli podejść , odezwać się lub do niego zadzwonić.  Jednak dzięki rewolucji obyczajowej w zachowaniach relacyjnych nastąpił postęp. Druga płaszczyzna dotyczy zmiany mentalności wynikającej ze zmiany stylu życia i nowych sposobów poznawania ludzi. Obecnie częściej podróżujemy, korzystamy z  Internetu. W ten sposób wyszliśmy poza krąg rodziny i znajomych, co kiedyś było standardem. Poszerzenie kręgów, w których się poruszamy wymusiło  inny sposób funkcjonowania, a także zmianę priorytetów. Pozostając przy przykładzie kobiet, w latach 50-tych czy 60-tych celem większości było zawarcie związku małżeńskiego. Zaś jeszcze wcześniej, kiedy nie były one samodzielne ekonomicznie, poznanie dobrze sytuowanego mężczyzny było kwestią jakości bytu.  W momencie, kiedy kobiety zaczęły zarabiać i zyskały niezależność, nie potrzebują mężczyzn po to, aby zapewnili im stabilizację materialną. Mogą o to zadbać same i w wielu przypadkach wspaniale sobie z tym radzą.  W związku z tym sposób patrzenia na relacje także bardzo się zmienił. Dzięki temu, że zniknął przymus ekonomiczny, teraz, przynajmniej w teorii, kobiety korzystają z wolności w zakresie wyboru partnera. Priorytetem jest szczęście, zadowolenie. Oczywiście czasami to się nie udaje, na przykład ze względów osobowościowych. W każdym razie nasze preferencje mogą skupiać się na tym, aby była to osoba pasująca do nas, taka  z którą będzie nam przyjemnie spędzać czas, połączą nas podobne zainteresowania,  poziom wykształcenia, czy też podobny status.  Nie chcemy już funkcjonować w systemie zależności, lecz przez uzupełnianie potencjałów.

Czy ta wolność wyboru nie sprawiła przypadkiem, że nasze wymagania czasami stają się przesadnie wygórowane?

To jest druga strona medalu. Kiedy wolność znaczy dla nas „mogę wszystko”, kusi nas brak ograniczeń i nie stawiamy sobie własnych granic, zdarza się nam traktować świat jak sklep, a potencjalnego partnera jak towar, który można reklamować lub wymieniać w nieskończoność. Takie funkcjonowanie jest zaprzeczeniem istoty relacji. Bo w niej nie chodzi o znalezienie najlepszego egzemplarza, lecz stworzenie bliskości. Jeżeli patrzymy na partnera wyłącznie pod kątem opakowania, atrakcyjności, to prawdopodobnie nie chodzi nam o to, aby wybrać osobę pasującą do nas, lecz taką, która nam się jedynie podoba. Owszem, atrakcyjność jest wabikiem. Jeśli ktoś nie oddziałuje na nas w tym paśmie, to trudno jest wykrzesać romantyczną atmosferę. Ale jeżeli wiążemy się z osobą, której system wartości nam nie odpowiada, ale pasuje nam jej figura, biust lub fryzura, to już wchodzimy w absurd.

To rzeczywiście może być bardzo zgubne…

To zależy od nas samych. Jeśli jesteśmy typem osoby, która ocenia czyjąś wartość po pozorach i w ten sposób definiuje świat, to wolna droga. Jeśli trafimy na partnera, który będzie na nas patrzył pod kątem użytkowo – praktycznym i nie będzie mu zależało na szczerej, wspierającej relacji, to czy nie wolno nam w taki związek wchodzić? Wolno! Warto sobie jednak zadać pytanie, czy to będzie dla nas dobry wybór i jakie będą jego dalsze konsekwencje.

W czym nam pomaga, a w czym przeszkadza dzisiejsza łatwość nawiązywania kontaktów, na przykład poprzez aplikacje randkowe?

Powiedziałabym, że zdecydowanie pomaga, ponieważ daje możliwość poznania ludzi, których w innym przypadku, bez udziału Internetu, nie mielibyśmy szansy spotkać. Z wieloma osobami  nigdy w życiu się nie mijamy, nasze ścieżki bowiem się nie krzyżują. Gdyby nie aplikacja albo portal, nie wiedzielibyśmy o swoim istnieniu. Jeśli mamy rozsądne podejście i weryfikujemy  znajomości zawierane w sieci, to jest to funkcjonalne narzędzie. Staje się niefunkcjonalne wtedy, gdy nie potrafimy się nim posługiwać.  Jak w przypadku każdego narzędzia – młotkiem można skutecznie wbić gwóźdź, ale można też uszkodzić sobie palec. W zależności od tego, czy potrafmy go używać. Prawidłowo używany Internet jest pomocny.

W książce wspomina Pani o różnych „matrymonialnych oszustach”. Wprawdzie istnieją oni od zawsze, jednak czy aktualne czasy nie rodzą ich więcej?

Może zacznę od tego, że nie do końca zgadzam się, że te zjawiska występują na porządku dziennym. Owszem,  poświęcam im uwagę w książce, ponieważ są w tej przestrzeni obecne, ale to nie jest norma. Załóżmy, że Internet ułatwia osobom mającym powierzchowne i płytkie podejście do życia wdrażanie swoich planów właśnie przez fakt, że ułatwia on nawiązywanie kontaktów i zwiększa ich liczbę. W tej statystyce powiększa się także skala zjawiska, co wcale nie znaczy, że nagle poznawanie ludzi stało się szczególnie ryzykownym przedsięwzięciem. Książka stanowi zresztą antidotum na tego typu niefortunne znajomości, gdyż jej celem jest ukazanie tego, jak dbać o siebie w relacjach.

Dosyć interesującym tego typu zjawiskiem jest catfishing. Może nam Pani wyjawić szczegóły tego rodzaju oszustwa?

Catfishing to podszywanie się pod inne osoby. Rzeczywiście to się zdarza, nawet na znanych portalach społecznościowych. Czy nie zdarzyło się Pani nigdy dostać zaproszeń od dziwnych mężczyzn, np. „generałów”, czy „emerytowanych wojskowych z Iraku”? Mnie się zdarzyło. Tutaj mamy zresztą dwa wątki. Jednym z nich jest podszywanie się pod osobę, która  ma  ciekawsze życie, może czymś zaimponować. Jeżeli ktoś we własnym poczuciu nie ma wiele do zaoferowania drugiej stronie, próbuje wejść w buty człowieka,  który na przykład dużo podróżuje, zwiedza ciekawe miejsca lub odnosi sukcesy. Jest to zwodzenie drugiej strony, ale także siebie, ponieważ  grzanie się w cudzym blasku to plan na krótką metę. Gdy dojdzie do konfrontacji, to mistyfikacja się wyda. Natomiast drugi wątek to udawanie osoby zainteresowanej związkiem, gdzie celem jest chęć wyłudzenia pieniędzy.  Oszuści (gdyż są to całe zespoły przygotowane do swoich akcji ) wybierają osobę samotną, nieco zdesperowaną, marzącą o szczęściu we dwoje i starają się nawiązać z nią więź emocjonalną. Gdy zamiar się powiedzie, oszuści przechodzą do ofensywy.  Nagle pojawiają się różne koszta,  typu zgubiłem walizkę, okradli mnie,  jestem w szpitalu albo potrzeba zapłacenia przewoźnikowi za przesyłkę od naszego obiektu westchnień, która utknęła w innym kraju itp.  Dlatego w każdym przypadku starajmy się zweryfikować  znajomość. Jeśli tygodniami, czy nawet miesiącami kontynuujemy relację z człowiekiem, który się nam w pełni nie uwiarygodnił, możemy mieć pretensje tylko do siebie. Ale pamiętajmy, że to są zachowania poza standardem, a my mamy możliwość, żeby się przed tym skutecznie bronić już na samym początku. Oszuści nie lubią osób przytomnych i czujnych,  zadających dociekliwe pytania, łapiących ich na niekonsekwencji itp. Zwykle od razu znikają z pola widzenia.

Pomijając oszustwa materialne, czy są jakieś sygnały świadczące o tym, że nie warto umawiać się  na kolejną randkę z daną osobą?

Pierwsze ważne pytanie, które możemy sobie zadać, to czy w kontakcie z tą osobą czujemy się komfortowo. Bo jeśli na przykład jesteśmy indagowani przez drugą stronę, zaczyna nam ona zadawać niewygodne pytania odnoszące się do bardzo prywatnej przestrzeni, jeśli czujemy się  skrępowani pewnymi zachowaniami, to jest to sygnał ostrzegawczy.  Oczywiście jeśli  padnie niewygodne pytanie, zwrócimy na to uwagę, a ktoś przeprosi przyznając, że to było niestosowne, to w porządku. Ale jeśli ten ktoś nas naciska, wycofajmy się. Innymi sygnałami ostrzegawczymi mogą być na przykład nasze zażenowanie  zachowaniem nowo poznanej osoby lub sytuacja, w której poczujemy się nieswojo np. w wyniku wypowiedzi na jakieś tematy,  zachowania pełnego agresji czy uporu. Chodzi o to wszystko, co w jakiś sposób nas dotyka. Nie mówimy już o próbach oszustwa, ale np. o kontakcie z osobą, której osobowość jest przytłaczająca. Na przykład brak jej szacunku lub okazuje się pełna zazdrości. Dla odmiany powinniśmy odczuwać przyjemne zaciekawienie i czuć, że jesteśmy obiektem czyjegoś zainteresowania, jednocześnie mając pewność, że ta osoba nie próbuje nas zawłaszczyć. Jeżeli jednak na przykład mężczyzna na pierwszej randce deklaruje, że chce mieć z nami piątkę dzieci i nie żartuje, to nie tłumaczmy sobie tego siłą jego nagłego uczucia do nas.  Jest zdecydowanie za wcześnie na takie wyznania. Zwracajmy więc uwagę na nasze uczucia. Powinny być pozytywne. Jeśli nie są, odbierzmy ten przekaz.

Pierwsze randki bywają stresujące, zwłaszcza z zupełnie nowo poznanymi osobami. Ta nie do końca naturalna sytuacja może sprawić, że nie czujemy się swobodnie. Czy istnieje sposób na ten lęk przed „testowaniem” i oceną?

Gdy spotkamy kogoś w niewymuszonych okolicznościach, na przykład na imprezie, przyjęciu,  nie ma  intencyjności, która towarzyszy randce umówionej poprzez Internet lub zaaranżowanej przez znajomych.  Wtedy towarzyszy nam poczucie, że będziemy oceniani i przychodzi obawa. A co jeśli się jej/jemu nie spodobam? Jedyną sensowną radą jest ta, żebyśmy założyli, że tak może się zdarzyć i… spuścili z siebie ciśnienie. Jeżeli bowiem nie zakładamy z góry, że randka musi się skończyć fajerwerkami, nie będziemy czuć na sobie ciężaru. Bardzo istotnym elementem jest samoocena. Jeżeli jest adekwatna, to akceptujemy fakt,  że możemy się komuś nie spodobać, że randka ma prawo się nie udać, że czasami może być fajnie, czasami poprawnie, a czasem nudno i to nie jest katastrofa. Pamiętajmy, że nawet w sytuacji kiedy ktoś się nam spodoba, a my jemu nie, nie  warto brać tego do siebie.  Ludzie często traktują nieudane randki jak porażkę i odrzucenie, ale w istocie sami siebie odrzucają nie akceptując tego i uważając, że nigdy nie mogą być odrzuceni. To nierealistyczne. Wyobraźmy sobie, że idziemy na spotkanie w ciemno i mamy obowiązek zakochać się w  tej osobie. Nie mamy  prawa, aby stwierdzić, że ona do nas nie pasuje. Na pewno nie chcielibyśmy takiej presji. Jeśli więc mamy dobre nastawienie i oczekujemy z ciekawością spotkania z drugim człowiekiem, to idziemy na luzie. A jeżeli idziemy po to, aby kogoś olśnić sami sobie robimy krzywdę.

Co powiedziałaby Pani osobie, która ma za sobą szereg nieudanych związków i mimo wielkich chęci zaczyna powoli się poddawać?

Proponowałabym takiej osobie, żeby z kimś się skonsultowała i odkryła, co jest powodem nieudanych relacji w przeszłości. Zwykle bowiem tworzymy określony model i powtarzamy go.  Na  przykład zachowujemy się w sposób wymuszający pewne reakcje, np. kochamy „za bardzo” , albo wybieramy osobę o stałym zestawie cech (np. osobę nieodpowiedzialną, nałogowca ) i to  jest schemat, z którego trudno nam wyjść.  Jeśli przykładem będzie osoba, która „kocha za bardzo”, ma niską samoocenę i uważa, że w każdej relacji powinna bardzo się starać, bardzo szybko przechodzi w ten „tryb starania”. Zapomina o sobie, o swoich potrzebach, jest na każde wezwanie, uczynna, do dyspozycji partnera 24h na dobę, relacjonuje każde swoje wyjście na wypadek, gdyby jej potrzebował. Boi się, że gdy tylko zajmie się swoimi sprawami, to przez brak dostępności on/ona znajdzie sobie kogoś atrakcyjniejszego. To jest bardzo poważny błąd, który wbrew pozorom często jest popełniany. Spotykam się z tym  w mojej pracy. Nie ma możliwości, żeby stworzyć dobry związek, jeśli za każdym razem powtarzamy ten sam cykl destrukcyjnych zachowań. Możemy też być dla odmiany zbyt roszczeniowi, mamy za wysoko zawieszoną poprzeczkę, ciągle chcemy więcej, czy też krytykujemy partnera. Wiele może być podobnych sytuacji. Dlatego warto swój model rozpracować, przyjrzeć się mu i zmienić, co dzięki konsekwencji ma szansę się powieść.

Czyli zaczynamy od siebie. W książce również rozpoczyna Pani etapy dążenia do szczęśliwego związku od samooceny.

W książce temat samooceny pojawia się wiele razy, ponieważ nie można stworzyć dobrej relacji bazując na niskim poczuciu wartości. Wtedy nie działamy z miejsca komfortu, odczuwania miłości i dzielenia się tym, co mamy, ponieważ uważamy, że nie mamy niczego do zaoferowania.  Tak myśląc o sobie traktujemy relację jak transakcję i negocjujemy wzajemność na różne sposoby.  Ja ci daje to i to, a ty musisz mi dać w zamian coś innego. Czyli ja jestem dla ciebie dostępna 24h/dobę, robię wszystko dla ciebie i za ciebie, a ty za to musisz mnie kochać. To nie jest swobodna wymiana uczuć, tylko handel wymienny.  W miłości to nie działa.

Dziękuję bardzo za rozmowę.

Dziękuję również.

Joanna Godecka– terapeutka, konsultantka i komentatorka zagadnień związanych z praktyką obecności, relacjami, poczuciem własnej wartości, samooceną kobiet. Ukończyła IV stopniowe Seminarium Collina P. Sissona z tytułem Praktyka Integrującej Obecności, a także Nową Szkołę Oddechu z tytułem Diploma Master Practicioner. Jest członkinią Polskiego Stowarzyszenia Terapeutów TSR (Terapia Skoncentrowana na Rozwiązaniach). Od lat z powodzeniem prowadzi własny gabinet terapeutyczny, a także regularnie udziela porad w mediach, począwszy od telewizji, poprzez popularne stacje radiowe, a kończąc na prasie i portalach internetowych. W wydawnictwie Muza ukazały się dotychczas jej dwie książki: „Bądź pewna siebie” (2018) oraz „Nie odkładaj życia na później” (2019).

„Szczęście w miłości” Joanna Godecka, Wydawnictwo Muza