Mężczyzna bez Winy i Wstydu

Kim jest „Mężczyzna bez Winy i Wstydu”? Rozmowa z autorami książki

Kim jest Mężczyzna bez Winy i Wstydu? I dlaczego nie nazwiemy go prawdziwym mężczyzną? Na czym polega neopatriarchat? I czy grozi nam niebezpieczna zamiana ról, która i tak prowadzi do zasiadania na tronie przez mężczyzn,  wciąż zaopiekowanych jednak przez niezależne i ambitne kobiety? Gdzie w tym wszystkim nasza seksualność i pożądanie? Dużo pytań i obszerne odpowiedzi znajdziemy w książce „Mężczyzna bez winy i wstydu” wydawnictwa Muza. Zapraszamy do lektury książki – rozmowy dziennikarki Krystyny Romanowskiej  z psychoterapeutą Wojciechem Kruczyńskim, do którego gabinetu trafiają współczesne kobiety sukcesu w kryzysie. Jakie problemy w relacjach ujawniają się podczas takich spotkań? Zachęcamy  do przeczytania naszej rozmowy z autorami książki.

Anna Paluch: Dlaczego to Mężczyzna Bez Winy i Wstydu reprezentuje kryzys męskości? Czym sobie „zasłużył” na to miano? To domaganie się równości, partnerstwa, oburzanie się na maniery dżentelmenów, sprawiły, że same wpakowałyśmy się w sytuacje, że to mężczyzna stroi fochy i wykreowałyśmy ten model?

Wojciech Kruczyński: Trzeba tu od razu rozbroić pewną delikatną kwestię, dotyczącą wpływu kobiet na mężczyzn. Z powodów nie do końca dla mnie jasnych, gdy zaczynam mówić o takim wpływie, słyszę często: „a więc mówisz, że to kobiety są wszystkiemu winne”. To bardzo dziwna i niebezpieczna dla kobiet reakcja, ponieważ prowadzi do pomysłu, że kobiety nie mają na nic wpływu, co jest pomysłem dosyć absurdalnym. Oczywiście może to ustawiać kobiety na wygodnej pozycji ofiary, by mogły z czystym sumieniem wskazywać, kto jest winny takiego a nie innego stanu rzeczy. Przyjmijmy więc na początek, że na kształt związku mają wpływ obie strony, mniej więcej po równo, co absolutnie nie musi oznaczać, że ktoś tu jest czemuś winny. Może być co najwyżej częściowo odpowiedzialny za kształt własnego związku. Dobrze by nawet było, gdyby był.

Jeśli zaś chodzi o sedno pytania, to staram się tu być pragmatyczny jako praktyk-psycholog. Dlatego mówimy o kryzysie męskości w przypadku takiego właśnie mężczyzny, bo to z jego powodu kobiety trafiają na psychoterapię w kryzysie, przekonane o swojej kobiecej niewydolności w związku. Mężczyzna jest tu poza wszelkim podejrzeniem. Jego męskość nie jest tu w ogóle przez jego partnerkę rozpatrywana jako przyczyna kłopotów. I to właśnie jest najbardziej niepokojące.

A.P: Jak to się stało, że mężczyzna utrzymywany przez kobietę, beztroski i bez perspektyw, chociaż sprawiający dobre, pierwsze wrażenie na wielu kobietach, zwłaszcza tych Hojnych, reprezentuje neopatriarchat? Czy to się nie kłóci?

Wojciech Kruczyński: Znowu musimy wrócić do kwestii wspólnej odpowiedzialności za relację i związanej z nią strefy wpływu na drugą osobę. Nawet jeśli mówimy o twardym patriarchacie, to i tak można się zastanawiać jak kobietom w takich warunkach udawało się niejednokrotnie rządzić mężczyzną i przy okazji całą rodziną, oczywiście przy ogromnych kosztach własnych. Bycie rozwódką kiedyś było naprawdę mocno napiętnowane – bardziej się kobietom opłacało zbierać z podłogi i pompować takiego chochoła, żeby można się było z nim w niedzielę pokazać na mszy. Dzisiaj ta presja otoczenia praktycznie nie istnieje, można sobie stworzyć taki związek, jaki się chce.Ksiądz zrzucający sutannę dla kobiety dostaje dziś brawa od wiernych. Jest wolność, jakiej nigdy przedtem nie było. I w takich właśnie warunkach wolnego wyboru męski chochoł jest znowu pompowany, i to bez żadnych ograniczeń. No, może z jednym: mógłby od czasu do czasu dawać partnerce orgazm – i tylko jej. Konserwatywne  reguły z jednej strony nakazywały kobiecie pozostanie w kiepskim związku, ale też narzucały jakieś reguły mężczyźnie, w rodzaju „co to za chłop, co pieniędzy do domu nie przynosi”. No to teraz już nie musi. I nie przynosi. Ma swoją Hojną.

Krystyna Romanowska: Zjawisko neopatriarchatu jest dosyć ciężkie do zrozumienia i zaakceptowania, bo jest to nowoczesna wielkomiejska formuła małomiasteczkowej zasady: „nieważne, jaki, byleby był”. Mamy w stosunku do mężczyzn dwie narracje: pierwsza mówi o tym, że kobiety stawiają mężczyznom tak wysokie wymagania, że oni nie są stanie ich spełnić. I z ust psychoterapeutów słyszę opowieści o tym, że jeżeli mężczyzna podjeżdża na randkę kilkuletnim samochodem to ona już się z nim na drugą randkę nie umawia.

Druga narracja: ta, o której piszemy w książce: ona idzie po plaży objuczona dziećmi i torbami, a on niesie gumowego smoka – a ona jest zadowolona, że on niesie. Czyli nieważne jaki jest, ważne, że jest. Z taką postawą spotykamy się coraz częściej u kobiet, które nie załapały się na „pierwszy rzut potencjalnych mężów”, czyli nie znalazły ich w czasie studiów i teraz muszą lekko zaniżyć wymagania.

A.P: Co on w sobie takiego ma, że Kobieta Hojna, aktywna, zaradna, samowystarczalna, a jednak wpada w pułapkę? Dlaczego jest taka Hojna?  Duża konkurencja, tykający biologiczny zegar? Skąd to zaślepienie, a może desperacja?

WK: Tykający zegar ma swoje znaczenie, duża konkurencja też. „Rynek odzysku” partnerów do związku w wyniku narastającej fali rozwodów jest już chyba większy niż rynek młodych, startujących do życia. Można mieszać pokolenia i nikogo to już nie dziwi. Do tego dochodzi wpływ naszej narcystycznej kultury, z naciskiem na przyjemność i silne przeżycia – plus wymaganie najlepszego towaru na najłatwiej dostępnej półce. To się nie może dobrze skończyć. Gdzieś w trakcie coraz śmielszego korzystania ze zdobyczy wolności zatraciliśmy tu instynkt samozachowawczy. Za bardzo wierzymy swym stanom emocjonalnym: myślimy, że jeśli czujemy się w czyimś towarzystwie bosko, to znaczy, że idziemy we właściwym kierunku. Guzik prawda, w sporej części przypadków.

Mężczyzna Bez Winy i Wstydu, niebieski ptak, jak kiedyś mówiono, ten niegrzeczny chłopiec-pirat, nic sobie nie robiący z wymagań rzeczywistości jest gotowym „materiałem euforycznym” o działaniu pastylki ecstasy dla obowiązkowej, zorganizowanej i odpowiedzialnej Kobiety Hojnej.

KR: Do tego dochodzi technologia, fantazmaty start-upów i iluzja wielkich fortun. Gdybyśmy rozejrzeli się uważnie wokół, każdy mógłby wymienić jedna albo kilka par, w których kobieta zarabia na rodzinę, a mężczyzna „rozwija firmę”, „ma świetny pomysł”, „szuka swojego miejsca w życiu”, „właśnie rozstał się ze wspólnikiem, który go oszukał i od trzech lat zakłada własny biznes”, „nie ma ciekawych ofert pracy”. I, nie chcę zostać źle zrozumiana, są oczywiście wypadki, w których on traci pracę i na niej spoczywa cała odpowiedzialność utrzymania rodziny. Ale, po pierwsze – on powinien wtedy okazać należytą troskę o inne (oprócz pracy) rodzinne sprawy: opieka nad dziećmi, pranie, sprzątanie, zakupy. I związek może tak funkcjonować.

Po drugie – jeżeli taka sytuacja przedłuża się w nieskończoność, a oprócz tego nie ma należytej troski o dom, nie dziwmy się, że kobiety trafiają do terapeutów z objawami wypalenia.

A.P: Wiele fragmentów książki odnosi się do matkowania przez kobiety, potrzebie przytulenia i opieki nad mężczyzną. Kobiety opiekuńczość mają we krwi. Ale dlaczego MBWIW pozwala na taką „psychologiczną kastrację”? Czy on się czegoś boi?

WK: Obie strony boją się tego samego: żeby nikt na ich widok nie zadał sobie pytania: jaką/jakim właściwie jesteś kobietą/mężczyzną? Co tak naprawdę widzę, gdy na ciebie patrzę? Czy to mnie podnieca? Jeśli dostaję od kobiety nieustającą uwagę i opiekę, stwarza to taki poziom bezpieczeństwa, że nie muszę sobie w ogóle zadawać pytania o swoją męskość. Bo i po co? Jestem jaki jestem – i za to jestem kochany. Mogę nawet w chwili euforii nasikać mamie na twarz (któż z nas nie widział takiej sceny z dzieckiem?) – a ona będzie tym bardziej zadowolona.

KR: A kobieta patrzy na mężczyznę i zadaje sobie pytanie: „Po co właściwie jesteś mi potrzebny? Czy podnieca mnie, że ciągle siedzisz przed komputerem i nie zdążyłeś sprzątnąć mieszkania? Czy podoba mi się to, że płacę za kawę i obiad w restauracji, za zakupy w supermarkecie i ze daję ci kieszonkowe? I wreszcie: co mam zrobić z tym: czuję, jakbym wzięła na siebie cały ciężar odpowiedzialności za życie, a ty jesteś tylko egzotycznym dodatkiem do niego? Kiedy wreszcie dorośniesz?” – myślę, że to są ważne kobiece pytania. Ale najważniejsze brzmi chyba: „Dlaczego ciągle tkwię w tym związku?”

A.P: Z Pana doświadczenia wynika, że pomocy na terapii częściej szuka Kobieta Hojna, czy Mężczyzna Bez Winy i Wstydu? A może wkurzona Kobieta wysyła partnera?

WK: Kobieta Hojna wysyła siebie na terapię, aby lepiej radzić sobie w z wybuchami wściekłości na partnera – przecież on nie jest niczemu winien. Powinnam być samodzielna, niezależna i niczego od mężczyzny nie oczekiwać: w taki mniej więcej zestaw reguł Kobieta Hojna została wyposażona przez swe autorytety. Mężczyzna Bez Winy i Wstydu idzie na terapię, gdy zostanie po raz kolejny odrzucony, dobiega czterdziestki i zaczyna się zastanawiać czy jego posiwiały kucyk nie stracił cokolwiek na uroku.

A.P: Czy takie „duże dziecko” można wychować? Postawić przed nim wymagania i odciąć od przytulania, pozwolić uciekać do swoich zabawek, a może wiać po pierwszych sygnałach i właśnie jakie są sygnały, że ulokowałyśmy uczucia w MBWIW?

WK: Wychowywanie tego typu stworzy po prostu krnąbrne dziecko. Będzie ono robiło różne rzeczy, których kobieta pragnie, tylko jakimś dziwnym sposobem nie będzie ona miała z tego powodu żadnej satysfakcji. Nie można bowiem mieć satysfakcji z tego, co mężczyzna zrobił, bo musiał – satysfakcja pochodzi z tego, co mężczyzna zrobił, bo chciał. Lepiej więc chyba wiać – ale może nie od razu do Nowej Zelandii, tylko odzyskać swój świat, który często został zdradzony w imię pełnej opieki nad Mężczyzną Bez Winy i Wstydu. Własne marzenia, talenty, zapomniani przyjaciele. To wszystko leży gdzieś tam w piwnicy, przywalone gratami. Trzeba tylko tam zejść i wykonać samodzielny wysiłek odgruzowania. Stawiam (optymistycznie) na to, że pięciu na dziesięciu MBWiW zejdzie, żeby kobiecie pomóc – a pięciu odejdzie do Kobiety Bardziej Hojnej. Jest duża szansa, że Kobieta Hojna odbierze to męskie odejście jako swój życiowy zysk, nie stratę.

KR: Ja, niestety, jestem bardziej pesymistyczna w proporcjach: raczej trzech zejdzie do tej kobiecej piwnicy marzeń, a siedmiu – poszuka sobie kobiety hojniejszej od Hojnej. Myślę też, że nie ma się co obrażać na rzeczywistość – ten dziwaczny może porządek rzeczy to w pewnym sensie „ciemna strona feminizmu”. Ruchy feministyczne, przynosząc absolutnie wspaniałe ideały równościowe i wolnościowe, nie przewidziały, że naturą ludzką steruje też najzwyczajniejsze umiłowanie wygody. Część mężczyzn zinterpretowała, że mając u boku silne i samowystarczalne kobiety (nie mające wobec mężczyzn żadnych oczekiwań, bo przecież są „silne i samowystarczalne”) mogą być słabsi, bezradni i zależni. Zachowując status księcia. Któż z nas by tego nie chciał?

A.P: Jak ambitna kobieta sukcesu ma znaleźć miłość w świecie, gdzie nastąpił kryzys męskości?

WK: Troszkę to już padło wyżej: paradoksalnie przez zrezygnowania z przekonania, że mężczyzna jest najwyższym i jedynym źródłem dobra, o które warto zabiegać. Zajęcie się własnym światem, wycyzelowanie go, dopieszczenie i dopiero później zastanowienie się, czy istnieje ktoś, kogo chciałabym do tego świata wpuścić. Partner musi wykonać pracę dostosowania się – dotyczy to oczywiście obu stron. Jeśli dostosowywanie się idzie po równo i jeśli ten cudzy świat pozostaje dla obu stron ciekawy i wart eksplorowania – jest szansa. Brzmi to może trochę banalnie à la Coelho, ale mogę przytoczyć twarde fakty: Kobiety Hojne na początku terapii mówią często, że nie są w stanie żyć bez seksu ze swym „podopiecznym” – jest to im niezbędne co jakiś (niedługi) czas i kropka. I zrobią naprawdę wiele, by to dostać. Tylko że mówią to w sytuacji, gdy już zrezygnowały z czego się da dla swego Pirata – i tylko seks pozwala im poczuć sens tego poświęcenia. Gdy jednak zaczynają odzyskiwać swoje życie, zainteresowanie seksualne partnerem spada nawet do zera. To trochę wyjaśnia rolę fantazji w satysfakcji seksualnej, prawda?

Krystyna Romanowska – dziennikarka, autorka bestsellerowej serii ze Zbigniewem Lwem-Starowiczem („O mężczyźnie”, „O miłości”, „O rozkoszy”).

Wojciech Kruczyński – psycholog, psychoterapeuta oraz autor książki „Wirus samotności”.

  Mężczyzna bez Winy i Wstydu

„Mężczyzna bez winy i wstydu” Krystyna Romanowska, Wojciech Kruczyński, wydawnictwo Muza